W wieku 26 lat zostałam Panią Dyrektor. Mały oddzialik międzynarodowej firmy, ale wielki tytuł. Lepiej brzmiało to po angielsku – Branch Manager. Ale po polsku…musiałam sobie radzić z całym rodzimym zestawem przekonań, który bezwiednie chłonęłam od czasów dzieciństwa.

Dyrektor zawsze kojarzył mi się z kimś bardzo ważnym – osobistością zza biurka, która decydowała o najważniejszych sprawach. A tymczasem ja zajmowałam się wszystkim: od kwestii kluczowych po zakup kawy do biura. Wynikało to też oczywiście z dysonansu, jakim było to, że zarządzałam starszymi od siebie ludźmi. I tego, że zarządzałam. Nie lubię jak się mną rządzi, a tu trzeba wydawać polecenia. Miłe to i trudne zarazem.

Tak mocno się tą rolą przejęłam, ze ślęczałam w pracy od rana do nocy starając się ogarnąć rzeczywistość polskiego oddziału zagranicznej firmy, zawiłości spółki z.o.o, budżetów, sprzedaży, administracji, kadr i setek rzeczy, które dla humanistyczno-artystycznego umysłu były wyzwaniem. I jeszcze po studiach romanistycznych. Ambitna.

Każdego dnia zakasywałam rękawy i z rumieńcem na twarzy Pani Dyrektor brała się za Zarządzenie. Aż pewnego uznałam, że właściwie, to już tak to ogarniam, że jeszcze Matką zostanę.

I tak Pani Dyrektor z brzuchem śmigała w obcasach do ostatnich dni ciąży zamykając kolejne sprawy, by z czystym sumieniem oddać się macierzyństwu. I jeszcze biznesplan ze skurczami dopinałam…

A potem zaczęłam się budzić. Stopniowo. Z każdym krokiem uświadamiając sobie, jak bardzo schematy, które miałam w głowie, blokowały mnie i dusiły. Pomimo, że osiągnęłam sporo i niespodziewanie, zupełnie nie umiałam się z tego cieszyć.

Teraz kiedy patrzę na to z perspektywy ścieżki, jaka doprowadziła mnie od tej ambitnej, ale zagubionej Pani Dyrektor do spełnionej MLODZIKOVEJ wiem, że każde zdobyte wówczas doświadczenie teraz procentuje.

Najbardziej jestem jednak sobie wdzięczna za to, że poszłam za głosem, który nie dawał mi spokoju. I, mimo że 3 lata nie umiałam sobie ani innym odpowiedzieć na pytanie co ja właściwie robię, teraz zobaczyłam, że nie ma granic wyobraźni. Pod każdym względem. I że sama w 100% kreuję swoją rzeczywistość – pracocholiczną czy wyluzowaną. Obfitą czy przerąbaną. Każdą.

Ty też.